W Richfield, małym miasteczku, mieszkała dziewczynka, która grała w koszykówkę.
Po każdym meczu drużyny ustawiały się w szeregu i przybijały sobie piątki: „dobra gra”, „dobra gra”. W tym szeregu niektóre dziewczyny z przeciwnej drużyny odsuwały dłonie. Nie chciały dotknąć jej dłoni.
Urodziła się z olbrzymim wrodzonym znamieniem melanocytowym — znamieniem, które występuje w jednym na 500.000 urodzeń. Zaczyna się tuż nad kolanami, ciągnie się w górę pleców i kończy poniżej pępka, jakby miała na sobie kostium kąpielowy. Niemal połowę jej ciała pokrywa jedno ogromne znamię. A co najmniej 80 % jej skóry pokrywają plamy.

Mama powiedziała jej, że to „pocałunki aniołów”.
W jej miasteczku prawie nikt nic nie mówił, bo wszyscy dorastali razem. Poza nim było inaczej. Pewnego dnia w szkolnym autobusie stanęła w obronie innego dziecka, które było prześladowane. Jeden z chłopców nazwał ją „brzydkim, cętkowanym psem”. Kazali mu przeprosić. Ale przeprosiny nie wymazały tego, co czuła.
W wieku 8 lat zaczęła zauważać spojrzenia. W wieku 12 lat te spojrzenia zaczęły ją ranić. Pojawiły się lęk i depresja. Do dziś trudno jej wejść do nieznanej sobie restauracji.

W liceum musiała wybrać temat projektu końcowego. Wybrała własny: melanozę nerwowo-skórną, kolejne schorzenie, które ma. Po dziesięciu zapisanych stronach i prezentacji coś się zmieniło.
Pewnego dnia opublikowała zdjęcie w bikini, z przodu i z tyłu, niczego nie ukrywając.
“Urodziłam się, by się wyróżniać.”
To, co inni nazywali wadą, ona uczyniła swoim sposobem bycia w świecie.

