Archie spędził lata zamknięty w ciemnym pomieszczeniu. Nie dlatego, że był chory, ale dlatego, że ktoś wstydził się, by ludzie widzieli go w takim stanie: z guzem na głowie, który wciąż rósł, aż zdeformował całą jego twarz.
Kiedy guz stał się zbyt duży, by nadal dało się go ukrywać, jego właściciel podjął najokrutniejszą decyzję ze wszystkich: wyprowadził go na ulicę i zostawił tam samego, aby radził sobie sam z tym ciężarem, który ledwie pozwalał mu chodzić. Nikt nie zatrzymał się, by mu pomóc, dopóki nie znalazła go pewna kobieta i nie potrafiła po prostu przejść obok obojętnie.


Ta kobieta połączyła siły z Arturo Islas Allende, meksykańskim aktywistą znanym z ratowania zwierząt w ekstremalnych sytuacjach, aby spróbować go uratować. Archie przechodzi obecnie badania lekarskie: wykonywane są wszystkie niezbędne testy, aby ustalić, czy guz można operować. Po tak długim zamknięciu i porzuceniu wreszcie ktoś patrzy mu w oczy. Jakim człowiekiem trzeba być, by ukrywać chore zwierzę zamiast szukać dla niego pomocy?
